08 maja 2016

prolog; the final judgment




Arkadia, sierpień 2010 n.e.
              
Główną stolicą nieba była wyższa Arkadia, znana również śmiertelnikom jako kraina wiecznego szczęścia. Była to prawda tylko w jednej czwartej tego co wypisywano w księdze rodzaju. Wierzono jednak, iż w krainie takiej jak ta, nie było miejsca na niedoskonałości.
Cóż... to nie była prawda.
Arkadia miała sobie wiele do zarzucenia.
System tam panujący, nie różnił się niczym od tego, który był na ziemi. Występowały drobne kradzieże, oszustwa, bójki oraz morderstwa. Istniał również sąd ostateczny, wymierzający karę za każdy plugawy uczynek, jakiego dopuścił się dany grzeszący anioł. Rada najwyższa złożona była z czterech Archaniołów: Michaela, Gabriela, Rafaela i Uriela, którzy trzymali twardą ręką całą politykę państwa boskiego.
I właśnie to tam wybierała się grupa byłych ziemskich weteranów wojennych ze sztandarem uniesionym w górze. Błękitny materiał flagi powiewał na wietrze spowodowanym ruchami skrzydeł mieszczan, którzy w te pędy czmychali im z drogi. Biały znak w kształcie odwróconego trójkąta miał oznaczać w języku fenickim, drzwi ku wolności. Tym razem jednak oznaczał drzwi ku potępieniu.
Wielka świątynia, ku której się kierowali, była tak naprawdę sądem. Kilka szerokich kolumn podtrzymywała olbrzymi łuk wejścia do budynku, a liczne schody tylko dodawały tragizmu, danej sytuacji. W górze wisiały złowrogie chmury, które były bure i ciemne, jak nadchodzący wyrok dla mężczyzny, którego ciągnięto w świecących kajdankach. Na dachu widniała flaga oraz kilka innych.
Skóra skazańca była poparzona, pełna jasnych blizn i zadrapań. Mięśnie bicepsów pracowały, raz za razem, gdy próbował wyrwać się z mocnego uścisku weteranów, a ciemne włosy opadały na jego posiniaczoną twarz.
Przy olbrzymich brązowych wrotach, po obu stronach stali wartownicy z ostro zakończonymi mieczami, które były niezwykle widowiskowe, ponieważ wyglądały one jak kosy do użytków ziemskich pól. Ubrani na biało, goście ze skrzydłami, zatrzasnęli przejście w sposób taki, iż kosy skrzyżowały się ze sobą na środku.
— Dokąd to? — zapytał jeden z dwóch blondynów, w ulizanych włosach i nienagannym, wyprasowanym garniturze. Rzucił zgorszone spojrzenie ciągniętemu przez weteranów, skazańcowi. — Podaj hasło oraz kod.
— Nun — odpowiedział szorstko, idący z przodu weteran. — Kod 8713, przypadek trzeci — odwrócił się szybko w stronę zakutego w kajdanki anioła, odwrócił jego głowę w lewo, chwycił mocno kark i pokazał wypalone na skórze liczby: 87133.
Dwójka strzegących wrót spojrzała po sobie z dziwnym wyrazem twarzy i usunęli broń z przejścia. Z hukiem, grupa mężczyzn weszła do sali, pchając skutego prosto pod ławę sędzin. Po jego obu stronach stanęli najbardziej umięśnieni aniołowie z całego oddziału, którzy go tutaj przetransportowali prosto z lochów, trzymając w dłoniach długie lśniące na niebiesko-biało liny.
Na sali zapanowała głucha cisza, którą przerywały ciche szlochy. Anioł uniósł głowę i odwrócił się w stronę dobiegającego głosu. Czarne, przydługie kosmyki opadały mu na oczy, dzięki czemu nikt nie mógł wyczytać olbrzymiego bólu jaki się w nich krył.
— Synku... mój synek! — łkała kobieta o ciemnych brązowych oczach, tuląc się do piersi, wyższego od niej samej, mężczyzny. Jej biała szata wcale nie wyglądała najlepiej, miała plamy od łez oraz była cała wymiętolona. Jej brązowe oczy patrzyły na niego z rozdzierającą matczyną rozpaczą, która zawsze ukazuje się w chwilach bezsilności.
Odwrócił głowę i spuścił wzrok.
Po sali rozbrzmiał odgłos ciężko stawianych kroków, szelest szat i odgłosy wzburzenia mieszkańców Arkadii. Za ławą sędziowską zasiadło czterech Archaniołów.
— Drodzy aniołowie, zebraliśmy się dziś tutaj, aby wymierzyć sprawiedliwość w niebie — ogłosił głośno i wyraźnie Uriel, odgarniając na bok czarne, długie do ramion włosy, przysłaniające jego równie czarne oczy. Na jego bladej skórze widoczne były srebrne paski blizn, oraz fioletowe sińce pod oczami. — Z dniem dzisiejszym, my jako sąd Archaniołów, ogłaszamy wyrok, za narzucone, Nathanielowi Williamsowi, zbrodnie.
Poprawił szatę i rzucił pogardliwie:
— Czy skazaniec ma coś do oznajmienia?
Czarnowłosy podniósł głowę i splunął srebrną mazią, tuż pod ławę.
— Pieprzcie się wszyscy.
Uriel skinął głową w stronę weteranów, którzy na znak podciągnęli dosyć brutalnie anioła do góry. Zachwiał się niebezpiecznie i szarpnął kajdankami, które wydały cichy świszczący syk.
— Wyrok jest jedno głośny — uśmiechnął się perfidnie w stronę Nathaniela. — Od dnia dzisiejszego, drogi przyjacielu — zrobił dramatyczną pauzę. — Będziesz odtąd sprawował się na ziemi jako upadły.
Na sali zapanowało poruszenie, okrzyki zdesperowanej matki oraz odgłosy krzątania.
— Zabrać go — rozkazał głośno, po czym wstał i odszedł, znikając za rogiem. Za nim ruszył Rafael oraz Michael, natomiast Gabriel ze złością w oczach ruszył za wartownikami, którzy wyciągali z sali Williamsa.
Rozjuszony nowo upadły trzasnął mocno barkiem jednego z mężczyzn, aż ten obił się o jedną z ławek, natomiast drugiego podciął sprawnie i wyrwał z uścisku. Szybko podbiegł do płaczącej kobiety.
— Zobaczymy się jeszcze, matko. Obiecuję — powiedział cicho, unosząc połączone dłonie w kajdankach. Odgarnął zbłąkany kosmyk włosów i złożył pocałunek, na lekko pomarszczonym czole. Odwrócił się w stronę szatyna i skinął mu głową. — Opiekuj się nią, bracie.
Poczuł silne uderzenie w tył pleców, a jego skrzydła zgięły się pod dziwnym kątem. Zajęczał, choć nie chciał ukazywać słabości. Wyciągnęli go brutalnie z sali, rzucili na zimną ziemię i wycofali się do tyłu, pozwalając podejść Archaniołowi bliżej.
Blondyn pokręcił głową i wydał z siebie brzydki dźwięk syczenia, podobnego do tego, co wydając rozwścieczone, atakujące koty. W pewnym sensie Gabriel właśnie je przypominał, choć chudy, był wygimnastykowany i zawsze upadał na cztery łapy, wychodząc cało z każdej sytuacji.
Prawie każdej. Prócz jednej, o której nikt nie wie.
— I po co ci to było? — zapytał kręcąc głową. Jego chłodne srebrne oczy były teraz niemal białe jak sutanna, którą miał na sobie. — Tak to się kończy, wciskanie nosa w nie swoje sprawy. Ale spokojnie... ziemia nie jest taka zła, ale nie na tyle dobra abyś mógł znaleźć szczęście. Wieczna tułaczka, samotność i strach, który będzie ci towarzyszyć w ukrywaniu się przed Nefilim — zaśmiał się złowieszczo i pochylił się nad ciałem dawnego przyjaciela. — Obyś tam zgnił, Nate.                
— Ty również, Gabe — warknął.
Archanioł machnął dłonią, a pod ciałem nowo upadłego pojawił się okrąg, w którym wszystko poruszało się jak tafla wody, mieniąc się poświatą taką samą jaką miał na dłoniach skazaniec. Uniósł nogę i zepchnął ciało jednym ruchem.
Ciało przecinało niebo, spadając z niewyobrażalną prędkością i niezauważalną dla ludzkiego oka. Opalona skóra zaczerwieniła się niebezpiecznie i pomarszczyła w niektórych miejscach. Dotąd ogromne białe skrzydła, zaczęły czernieć. Z siłą komety uderza o ziemię i nie czuje nic po za wielkim bólem.
Tym w plecach.
I tym w sercu.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz